"I'm delicate, not weak."
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Notka napisana 1 października 2015 (w czwartek), o godzinie 23:33


Powracam po paru miesiącach. Z resztą nie tylko tutaj. Wróciłam też na tumblr (klik) oraz staram się powracać do starych nawyków. Wiele się pozmieniało i jeśli spojrzę wstecz, to zobaczę jak trudny i dziwny okres życia mnie minął. Niestety masa zmian wyszła na gorsze, przez co muszę znów wziąć się do pracy nad sobą. Mogę powiedzieć, że w skrócie doświadczyłam na własnej skórze wielu ciekawych i nietypowych rzeczy. Udowodniłam między innymi (niestety), że na weganizmie można przytyć i to dużo, przez co już nikt mi nie powie, że jem samą trawę (ogólnie to na minus, bo muszę teraz schudnąć, ale jednocześnie zamykam usta ludziom, od komentarzy, że od jedzenia roślinek wpadnę w anoreksję), do tego dowiedziałam się jak zawikłane mogą być ludzkie uczucia, jak okropnie jest się w tym zagubić. Zweryfikowałam pewne sprawy i zauważyłam czym różni się prawdziwe, stałe uczucie od jakiś tam chwilowych miłostek. Oraz wiem też jak silna może być przyjaźń. I to czasem przyjaźń z osobą, która nie istnieje i jest tylko wymyślonym tworem kogoś, kto zwyczajnie chciał pobawić się uczuciami drugiej osoby. I nie, nie wszystkie z tych spraw dotyczą bezpośrednio mnie. Ale dzięki temu uczę się nowych rzeczy i mam większe doświadczenie życiowe. Brzmi to może śmiesznie, ale uważam, że nawet byle znajomość z internetu, która jakoś na nas wpłynęła, pozostawia ślad w naszym życiu. Mogę to potwierdzić z ręką na sercu, do dziś pamiętam swoją pierwszą przyjaciółkę i smutny fakt rozstania, a raczej porzucenia mnie. Pamiętam też krótką znajomość z pewną kobietą, która zwierzała mi się z problemów w rodzinie. Pamiętam całą masę ludzi jeszcze z początków mojego bloga, ludzi z myspace, deviantarta, przeróżnych for czy gier internetowych. Jest tego dużo i mimo, że oni najpewniej mnie nie pamiętają, to ja dzięki nim sporo się nauczyłam. O ludzkich charakterach i tym, że mało komu warto ufać. Niestety.

Miałam też trudny semestr na studiach. Jakoś poszło i sesja okazała się zdana, nawet w całkiem ładnym stylu, bo choć namęczyłam się nad tym niesamowicie (paradoksalnie mają tylko jeden egzamin, bo z trzech byłam zwolniona przez bardzo dobre wyniki) to końcowe oceny nie są złe. Wręcz powiedziałabym, że są "dobre" (jak sama nazwa czwórki wskazuje) ale to nie zmienia faktu, że wciąż się boję studiować, jest trudno i mam wrażenie, że coraz bliżej wyboru specjalizacji, określenia się, zastanowienia nad pacą i wszystkim innym. To przerażające, przez co wiem, że dorosły świat to ogromne wyzwanie i wciąż nie umiem zrozumieć ludzi, którzy w młodym wieku chcą na siłę dorosnąć. To nic fajnego i zawsze będę odradzała niszczyć sobie dzieciństwo. I nie chodzi mi tu, że czas szkoły jest najlepszy i najłatwiejszy, bo nie jest i wiem, że dla wielu to katorga, ale chodzi mi o sam fakt podejścia, a dziecięce spojrzenie na świat jest czymś cudownym i magicznym. Ciesze się, że je w dużej mierze zachowałam i choć ludzi nazywają to naiwnością, to ja staram się czerpać radość z rzeczy błahych, dostrzegać piękno w drobiazgach i spędzać czas tak, jakbym nadrabiała najmłodsze lata, które po części mi zabrano przez zbyt wysokie wymagania, trudną sytuację w domu i tyranię pewnej osoby. I choć mam już 21 lat, to czuję, że wiek jest tylko numerem i najwięcej mamy w głowie. Już pomijam, że wygląd też coś znaczy, ale przecież każdy wie, że dziś można go oszukać i nie jedna 14 latka wygląda na 20, a dojrzałe kobiety stosują masę trików, by odmłodzić się o 10 lat. Chodzi mi raczej o to, że nie każdy 21 latek musi zachowywać się 'na swój wiek'. Ja na pewno na swój się nie zachowuję. Zastanawiam się czasem czy nie jestem bardziej dziecinna niż dzisiejsze nastolatki, na nawet dzieci. Pielęgnuję moje wewnętrzne dziecko i jestem szczęśliwa, że osoba z którą jestem i którą kocham również chce je pielęgnować. 

http://magdamilo.tumblr.com/post/129918432518/ari-kanon-tea-time

Zastanawiam się ile osób tutaj jeszcze wchodzi. Ogólnie ostatniego czasu nie miłam zawielu czytelników, ale mimo to bloga żal mi porzucać. Za dużo czasu na niego poświęciłam. Na mylogu jestem od 8 lat, poznałam tutaj "druga połówkę", z którą jestem ponad 5 lat oraz nauczyłam się masę rzeczy. Ale nawet gdybym nic z tego nie wyniosła, to jednak blog ten jest pamiętnikiem i zbiera tysiące moich przemyśleń lub wspomnień, pokazuje jak się zmieniłam. I mimo, że nie ze wszystkiego jestem zadowolona i niektóre sprawy łatwiej byłoby wymazać, to wiem, że gdyby nie doświadczenia z tych 8 lat, mogłabym być teraz zupełnie innym człowiekiem. Może lepszym, może gorszym. A może w ogóle by mnie tu nie było, bo nigdy nie ukrywałam tego, że miałam okresy strasznej słabości i chciałam się poddać, tak ostatecznie.  

Nie wiem czy wspominałam w ostatniej notce, ale od czasu przejścia na weganizm i głośniejszego mówienia o zaletach roślinnej diety, coraz więcej osób odrzuciło mięso czy też produkty pochodzenia zwierzęcego. Więc mogę uznać, że moja misja się powiodła, bo w zasadzie to nawet jeśli choćby dwie osoby zmieniły nawyki i co za tym idzie - zrobiły coś dla zwierząt i środowiska, to już znak, że moje starania nie poszły na marne. A tu jak widać idzie to coraz dalej, co mnie ogromnie cieszy. Może ktoś pamięta dawne notki o tym jak Kacper przekonywał się powoli do wegetarianizmu. Otóż na chwilę obecną nie je już mięsa. I sam przyznaje, że się z tego cieszy, je więcej warzyw, testuje nowe przepisy i ogólnie jest na plus. Nawet jego rodzina posmakowała nie jeden wegański posiłek, który mu poleciłam. Moja mama nie tęskni za mięsem, bez którego nie mogła kiedyś żyć, a tu już 9 miesięcy odkąd postanowiła przejść na wegetarianizm po tym, jak dowiedziała się więcej o korzyściach z diety roślinnej oraz bardziej zaznajomiła się z tematem traktowania zwierząt przeznaczonych na rzeź. Natomiast ja po sobie zauważyłam, że weganizm jest dla mnie bardzo naturalny, nie mam problemów z wyborem jedzenia, wręcz zauważyłam jak wiele potraw mam do wyboru. Przekonuję się wciąż do nowych rzeczy, testuję nowe przepisy. Parę dni temu gotowałam pierwszy raz zupę z dyni, która okazała się bardzo dobra i smakowała całej rodzinie. Trzymam się też postanowienia, które pojawiło się jakoś w styczniu, więc ponad pół roku nie piję też zwykłej, czarne kawy. Robię wyjątki dla zbożowej, choć to już raczej tylko dla smaku. Mam co prawda problem z różnymi produktami, które średnio dobrze działają na mój organizm, ale to też próbuję zmienić. Także nie jest tak, że jestem fanatykiem zdrowej diety i jem tylko idealnie przygotowane posiłki. Jak każdy mam chwile słabości, zdarza mi się zjeść coś przetworzonego, zjeść za mało lub za dużo. Czasem pół żartem mówię też, że weganizm skłonił mnie do jedzenia w fast foodach. Co jest w pewnym sensie prawdą, ale nie do końca tak straszną jak może się wydawać. Mianowicie w wakacje, razem z Kacprem, odwiedziliśmy wegańskie knajpki, z 100% roślinnym jedzeniem i od tamte pory jestem wręcz zachwycona takimi posiłkami. Nie mogę ich jeść za często, ze względu na to, że jedyne wegańskie burgery lub pizze mam dostępne w Warszawie a tam bywam tylko w czasie zjazdów na studia + rzadko kiedy jest w ogóle czas tam wstąpić. Ale ogólnie jestem tym pozytywnie zaskoczona. Ciekawostką jest też to, że pierwszy raz w życiu jadłam burgera, co prawda w całości roślinnego, ale jadłam. I coś takiego przekonało mnie do nowych warzyw, łączenia ich i eksperymentowania. Spróbowałam też pierwszy raz seitan oraz wegański ser, który jak określiła moja mama jest tak dobry jak zwykły i gdybym nie powiedziała, że jest wegański, ona nigdy by się nie domyśliła. Z Kacprem uznaliśmy nawet, że kiedyś, jak już razem zamieszkamy, będziemy mogli raz na jakiś czas, może na specjalne okazje, wybierać się do wegańskiej pizzerii czy zamówić coś takiego, do domu. Takie małe szaleństwo, które dodatkowo wesprze miejsca z roślinną żywnością. Swoją drogą niesamowicie mnie to zaskoczyło. Jak wiele jest wegańskich miejsc w Warszawie. Od burgerów, po roślinne sklepy, a nawet kawiarnie. Myślę, że idzie to w dobrym kierunku i coś co dawniej było dziwne i krytykowane, dziś jest zupełnie normalne. Sam fakt, że te miejsca jednak są odwiedzane (a nawet bywają spore kolejki) pokazuje, że coraz więcej ludzi przekonuje się do roślinnego jedzenia. I nawet jeśli nie są to weganie, ba, nawet wegetarianie, to i tak wychodzi to pozytywne - mogą zobaczyć, że da się smacznie zjeść nie przyczyniając się do cierpienia zwierząt + roślinna dieta to nie nudne, podobne do siebie sałatki. Więc jeśli ktoś czytający ma okazję wstąpić do tego typu miejsca a wciąż się waha to mogę szczerze polecić i powiedzieć, że nie ma się czego obawiać, bo wybór jest tak duży, że na pewno znajdzie coś dla siebie. I nawet jeśli nie lubi się burgerów czy dań na słono, zawsze można spróbować wegańskiego ciasta, koktajlu owocowego czy świeżo wyciskanego soku (dwa ostatnie raczej polecam robić samemu w domu, choć nie wątpię, że są ci, którzy nigdy nie próbowali, albo są średnio przekonani czy warto się w to bawić, rezygnując z soków z kartonu). 

Pozdrawiam serdecznie.

[ 4 ] - [ skomentuj notkę ]